Życie miejskie - jako pilna uczennica, spokojna, grzeczna. To był czas spędzany grzecznie w rodzinnym domu, mieście.
Większość weekendów jeździłam PKS-em do dziadków do pięknej, maleńkiej wioski. To była odmienność od mojej codzienności. Moje życie wiejskie bardzo imprezowe, bardzo rozrywkowe, beztroskie.
Tylko kochana babcia i dziadek, który przy moim wieczornym wyjściu na imprezę zawsze sobie żartował: „tylko nie wracaj za późno – wróć rano”.
Tam to dopiero było „życie” – taka młoda i do tego sama. Bez rodziców, bez kontroli. Samowolka zupełna. Oczywiście też pomoc dziadkom. 😊
Imprezy, imprezy i imprezy, nadmierne picie alkoholu – bardzo nadmierne, papierosy, bardzo podatna na wpływ innych. Szalałam na maksa. I się wyszalałam za młodu.
Po śmierci dziadków i skończeniu szkół - przeprowadziłam się tam.
Dziewczyna z „dużego” miasta poszła sobie na wioskę - jak to mówi o mnie znajomych. Decydujące było też to, że dostałam tam w okolicy dobrze płatną pracę w swoim zawodzie.
W końcu swoja kasa, swój dom, swoje auto. Imprezy trwały dalej. Byłoby bardzo fajne i zawsze coś ciekawego się działo.
Do dnia, w którym wracając z pracy do domu, miałam wypadek samochodowy. To był bardzo poważny wypadek, który cudem przeżyłam. Miała wiele obrażeń zewnętrznych i wewnętrznych. Mało kto dawał mi szanse na powrót do normalnego życia. Nikt nie mógł uwierzyć w to, co się stało.
Po miesiącu od wypadku pojechałam do Kliniki Rehabilitacji w moim rodzinnym mieście.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz