Jechałem tam transportem medycznym w pozycji leżącej z niedowładem spastycznym czterokończynowym.
Na dodatek nic jeszcze nie mówiłam.
Nie rozumiałam jeszcze dlaczego tam jestem, co się
stało i jak.
Gdy poprosiłam tatę, by pokazał mi zdjęcia z wypadku – to od razu powiedziałam, że ktoś w tym aucie zginął. Wtedy powiedział mi, że to moje auto a ja nadal żyję. Cudem przeżyłam.
Prowadzono mi tam ćwiczenia usprawniające, byłam pionizowana, bo nawet jeszcze nie byłam w stanie stać. Były początki nauki chodzenia.
Bardzo trudno wykonywało mi się te ćwiczenia. Bardzo osłabiona źle znosiłam nawet najmniejszy wysiłek.
Spotkania z psychologiem poprawiały mi moje bardzo
kiepskie samopoczucie. Było mi bardzo źle. Płakałam nie raz - bardzo wiele razy..jpg)
Wciąż zastanawiając się jak to mogło się stać? Dlaczego mi coś takiego się stało? Dlaczego??? Za co?
Często już miałam tego, tak po ludzku, dość. Ćwiczę ile mogę, staram się, a tu jeszcze tyle przede mną. Ja dopiero zaczynam.
Widziałam tylko mizerne efekty moich starań. Pomimo tego, że ludzie wokół mówili, że jest dobrze, że tak właśnie powinno być na ten czas.
Mój stan pozostawiał jeszcze wiele do życzenia, a mi cały czas pozostawała nadzieja i wiara w cud.
Miałam przekonanie, że powrót do „zdrowia” po wypadku
jest o wiele szybszy, prostszy.
Jednak pobyt z innymi na oddziale, po rozmowach z nimi i ich obserwacji, uświadomił mi, że nie będzie ani tak łatwo ani szybko. Oni też walczą o swoje zdrowie cały czas. Jedni krócej, drudzy dłużej. A inni dopiero co zaczynali. Ale coś nas połączyło, nasze nastroje i wspólny cel do którego dążyliśmy.
Często siebie nawzajem wspieraliśmy i pocieszaliśmy.
Czasem po prostu razem płakaliśmy, by dać ujście naszym emocjom. I dalej działać.
Tak wyglądał mój pierwszy pobyt w szpitalu na rehabilitacji.
Wcześniej, przed wypadkiem nie byłam w szpitalu z powodu jakiś obrażeń czy poważniejszych chorób. Nigdy sobie niczego nawet nie złamałam, ani nie skręciłam. Temu to wszystko było dla mnie takie obce, dziwne, inne, nowe.
Ale zawsze mogło być gorzej.
Mogło już mnie tu nie być na tym świecie.
Jednak przeżyłam i to trzeba było docenić.
Miałam jeszcze marzenia do realizacji, więc pragnęłam wytrwać.
Czasem ze łzami w oczach i bólem, nie do opisania.
Ale chciałam być, trwać, walczyć. Najważniejsze, bym się nie poddała.
To ode mnie zależało w dużej mierze co będzie dalej.
Czy się poddam i pozwolę sobie na najłatwiejsze, najgorsze rozwiązanie, by odpuścić i być nadal leżącą osobą, niezdolną do bycia samodzielną?
Mogłam przestać ćwiczyć, nie próbować już nowych sposobów poruszania się. Funkcjonowania w codzienności.
Ale czy warto było po prostu odpuścić??
Poddać się bez walki??
OTÓŻ NIE!
Pomyślałam wtedy sobie, i takie też miałam motto dnia
codziennego, że „jestem jeszcze zbyt piękna i zbyt młoda”, by iść na łatwiznę i tak to zakończyć.
Wtedy rozpoczęła się moja walka o siebie. Swoje życie.
Swoje marzenia.
Wtedy nie myślałam, że ten czas, powrotu do zdrowia
będzie tak długi i taki trudny.
A za razem taki piękny.
Taki który pozostanie w moim serduchu na zawsze. Bo
był to też i cudowny czas.
Czas poznawania życia od nowa. Poznawania tego, co nas
otacza, co jest obok nas - tak blisko.
Moje ograniczenia fizyczne, powolny sposób poruszania
się, pozwoliły mi na to. Bez pośpiechu, ze spokojem, którego wcześniej było mi brak. Powoli poznawałam, raz jeszcze, świat dookoła. Zauważałam te drobne rzeczy które wcześniej
uciekały mojej uwadze.
W końcu mogłam się zatrzymać i dokładniej, na
spokojnie podziwiać co jest wokół mnie.
Tą otaczająca nas przyrodę, zwierzęta, poznawać na
nowo ludzi, którzy też czasem potrafili się zatrzymać i zamienić ze mną choć parę
słów.
Czas pomieszany z bólem, wysiłkiem, niemocą i bezsilnością. Ale i
chęcią działania i wiary w siebie.
Czas poznawania tego, na co wcześniej nie było czasu w
tym pędzie życia.
Był on piękny w swoim wyjątkowym stylu.
Nie każdy ma szansę tak od początku, drugi raz iść
przez życie. Bardziej świadomie.
I poznawać również życie raz jeszcze.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz