wtorek, 25 listopada 2025

Dziś dziękuję sobie za to, że wtedy się nie poddałam.


Po miesiącu w domu rozpoczęłam rehabilitację stacjonarną w Klinice Rehabilitacji trwającą 93dni.

Jechałem tam transportem medycznym w pozycji leżącej z niedowładem spastycznym czterokończynowym. 

Na dodatek nic jeszcze nie mówiłam.

Pobyt tam nie był dla mnie łatwy. 
Z dala od najbliższych.

Nie rozumiałam jeszcze dlaczego tam jestem, co się stało i jak.

Gdy poprosiłam tatę, by pokazał mi zdjęcia z wypadku – to od razu powiedziałam, że ktoś w tym aucie zginął. Wtedy powiedział mi, że to moje auto a ja nadal żyję. Cudem przeżyłam.

Prowadzono mi tam ćwiczenia usprawniające, byłam pionizowana, bo nawet jeszcze nie byłam w stanie stać. Były początki nauki chodzenia.


Bardzo trudno wykonywało mi się te ćwiczenia. Bardzo osłabiona źle znosiłam nawet najmniejszy wysiłek. 
Prawie każdy ruch był dla mnie bolesny i niemożliwy do wykonania. Choć tak bardzo chciałam to zrobić, to niestety nie mogłam. 
Moje ciało jeszcze nie współpracowało wtedy ze mną. W moich myślach widziałam ten dany ruch a ciało nie potrafiło go wykonać. 
To było dla mnie najbardziej niepojęte. Przecież to prosty, podstawowy ruch a ja nie potrafię go zrobić i sprawia mi to taką trudność oraz ból.

Spotkania z psychologiem poprawiały mi moje bardzo kiepskie samopoczucie. Było mi bardzo źle. Płakałam nie raz - bardzo wiele razy.

Wciąż zastanawiając się jak to mogło się stać? Dlaczego mi coś takiego się stało? Dlaczego??? Za co? 

Często już miałam tego, tak po ludzku, dość. Ćwiczę ile mogę, staram się, a tu jeszcze tyle przede mną. Ja dopiero zaczynam.

Widziałam tylko mizerne efekty moich starań. Pomimo tego, że ludzie wokół mówili, że jest dobrze, że tak właśnie powinno być na ten czas.

Mój stan pozostawiał jeszcze wiele do życzenia, a mi cały czas pozostawała nadzieja i wiara w cud.

Miałam przekonanie, że powrót do „zdrowia” po wypadku jest o wiele szybszy, prostszy.

Jednak pobyt z innymi na oddziale, po rozmowach z nimi i ich obserwacji, uświadomił mi, że nie będzie ani tak łatwo ani szybko. Oni też walczą o swoje zdrowie cały czas. Jedni krócej, drudzy dłużej. A inni dopiero co zaczynali. Ale coś nas połączyło, nasze nastroje i wspólny cel do którego dążyliśmy.

Często siebie nawzajem wspieraliśmy i pocieszaliśmy. 

Czasem po prostu razem płakaliśmy, by dać ujście naszym emocjom. I dalej działać.

Tak wyglądał mój pierwszy pobyt w szpitalu na rehabilitacji. 

Wcześniej, przed wypadkiem nie byłam w szpitalu z powodu jakiś obrażeń czy poważniejszych chorób. Nigdy sobie niczego nawet nie złamałam, ani nie skręciłam. Temu to wszystko było dla mnie takie obce, dziwne, inne, nowe.

Ale zawsze mogło być gorzej.

Mogło już mnie tu nie być na tym świecie.

Jednak przeżyłam i to trzeba było docenić.

Miałam jeszcze marzenia do realizacji, więc pragnęłam wytrwać.

Czasem ze łzami w oczach i bólem, nie do opisania.

Ale chciałam być, trwać, walczyć. Najważniejsze, bym się nie poddała.

To ode mnie zależało w dużej mierze co będzie dalej.

Czy się poddam i pozwolę sobie na najłatwiejsze, najgorsze rozwiązanie, by odpuścić i być nadal leżącą osobą, niezdolną do bycia samodzielną?

Mogłam przestać ćwiczyć, nie próbować już nowych sposobów poruszania się. Funkcjonowania w codzienności.

Ale czy warto było po prostu odpuścić?? 

Poddać się bez walki??

OTÓŻ NIE!

Pomyślałam wtedy sobie, i takie też miałam motto dnia codziennego, że „jestem jeszcze zbyt piękna i zbyt młoda”, by iść na łatwiznę i tak to zakończyć.

Wtedy rozpoczęła się moja walka o siebie. Swoje życie. Swoje marzenia.

Wtedy nie myślałam, że ten czas, powrotu do zdrowia będzie tak długi i taki trudny.

A za razem taki piękny.

Taki który pozostanie w moim serduchu na zawsze. Bo był to też i cudowny czas.

Czas poznawania życia od nowa. Poznawania tego, co nas otacza, co jest obok nas - tak blisko.

Moje ograniczenia fizyczne, powolny sposób poruszania się, pozwoliły mi na to. Bez pośpiechu, ze spokojem, którego wcześniej było mi brak. Powoli poznawałam, raz jeszcze, świat dookoła. Zauważałam te drobne rzeczy które wcześniej uciekały mojej uwadze.

W końcu mogłam się zatrzymać i dokładniej, na spokojnie podziwiać co jest wokół mnie.

Tą otaczająca nas przyrodę, zwierzęta, poznawać na nowo ludzi, którzy też czasem potrafili się zatrzymać i zamienić ze mną choć parę słów.

Czas pomieszany z bólem, wysiłkiem, niemocą i bezsilnością. Ale i chęcią działania i wiary w siebie.

Czas poznawania tego, na co wcześniej nie było czasu w tym pędzie życia.

Był on piękny w swoim wyjątkowym stylu.

Nie każdy ma szansę tak od początku, drugi raz iść przez życie. Bardziej świadomie.

I poznawać również życie raz jeszcze.

Spoglądam wstecz 

i dziękuję sobie 

za to, że 

wtedy się nie poddałam.



poniedziałek, 3 listopada 2025

Życie ma dwa oblicza

Pochodzę z większego miasta, gdzie jako nastolatka chodziłam ładnie do szkół, miałam bardzo dobre wyniki, chodziłam na dodatkowe zajęcia itd. 

Życie miejskie - jako pilna uczennica, spokojna, grzeczna. To był czas spędzany grzecznie w rodzinnym domu, mieście.

Większość weekendów jeździłam PKS-em do dziadków do pięknej, maleńkiej wioski. To była odmienność od mojej codzienności. Moje życie wiejskie bardzo imprezowe, bardzo rozrywkowe, beztroskie.

Tylko kochana babcia i dziadek, który przy moim wieczornym wyjściu na imprezę zawsze sobie żartował: „tylko nie wracaj za późno – wróć rano”.
 
Tam to dopiero było „życie” – taka młoda i do tego sama. Bez rodziców, bez kontroli. Samowolka zupełna. Oczywiście też pomoc dziadkom. 😊

Imprezy, imprezy i imprezy, nadmierne picie alkoholu – bardzo nadmierne, papierosy, bardzo podatna na wpływ innych. Szalałam na maksa. I się wyszalałam za młodu.

Po śmierci dziadków i skończeniu szkół - przeprowadziłam się tam.

Dziewczyna z „dużego” miasta poszła sobie na wioskę - jak to mówi o mnie znajomych. Decydujące było też to, że dostałam tam w okolicy dobrze płatną pracę w swoim zawodzie. 

W końcu swoja kasa, swój dom, swoje auto. Imprezy trwały dalej. Byłoby bardzo fajne i zawsze coś ciekawego się działo.

Do dnia, w którym wracając z pracy do domu, miałam wypadek samochodowy. To był bardzo poważny wypadek, który cudem przeżyłam. Miała wiele obrażeń zewnętrznych i wewnętrznych. Mało kto dawał mi szanse na powrót do normalnego życia. Nikt nie mógł uwierzyć w to, co się stało.

Po miesiącu od wypadku pojechałam do Kliniki Rehabilitacji w moim rodzinnym mieście.
                                   

Do zobaczenia później.